czwartek, 20 sierpnia 2015

Mostar, Bośnia i Hercegowina

Dnia 11 wyprawy postanowiiśmy zerwać z monotonnią Chorwackiego krajobrazu i spróbować czegoś innego - Bośni i Hercegowiny. No dobra, nie byliśmy tak spontaniczni i szaleni, tak naprawdę Mostar był ważnym punktem na naszej mapie od samego początku, a ze Splitu do Dubrovnika był względnie po drodze. Oszczędności. Nie będziemy też bardzo oryginalni jeśli napiszemy, że miasto jest cudowne. Stare mury, średniowieczny, klimatyczny most zawieszony wysoko nad turkusową wodą. Z mostu skaczą opaleni panowie, którzy potem zbierają pieniendze do czapek. Każda z dziewczyn twierdziła, że nie lubi kiczu na straganach a gdy zobaczyłyśmy te kolorowe błyskotki, zeminiłyśmy zdanie od razu.
Warto dodać, że Mostar to miasto kontrastów. Oniryczne stare miasto jest otoczone budynkami współczesnymi, z których wiele nosi na sobie ślady ostatniej wojny. Największe wrażenie zrobiły na nas kilkupiętrowe biurowce w centrum miasta, całkowicie zbombardowane i ostrzelane. Ponadto nad miastem wznosi się kilkanaście minaretów- orient czuć nawet w powietrzu. Nad nimi góruje wieża kościoła św. Franciszka- kolejny kontrast.
Po posileniu się tradycyjnym bośniackim kebabem ruszyliśmy w dalszą podróż.

Tak wiemy. To musiało się kiedyś stać i wszyscy o tym wiedzą. I prosimy o pozbycie się drwiących uśmieszków z twarzy. Stało się. GPS wywiódł nas w pole. Dosłownie. I to nie byle jakie, bo było to pole minowe! Ale zacznijmy od początku. Po opuszczeniu Mostaru droga zaczęła niebiezpiecznie długo piąć się pod górę (sześciokilkometrowy podjazd to dla Smerfetki nie lada wyzwanie). Niczym w filmie Hitchckoka rozpoczęliśmy od trzęsienia ziemi a potem napięcie rosło. Kiedy po serii krętych, ciemnych i obiektywnie rzecz biorąc przepięknych serpentyn GPS zaprowadziło nas na polny dukt zamarliśmy. Wkoło nic tylko ciemność. Gdy Wiktoria przebudziła się w trakcie jazdy i zobaczyła drogę, którą jechaliśmy, zapytała czy szukamy już noclegu, tak bardzo beznadziejna była żwirówka, którą GPS kazał nam jechać przez 14 km. Ale daliśmy rade i wyjechaliśmy przed samą granicą Bośniacko-Chorwacką by przekonać się o tym, że grzecznie ułożone włosy i brak kolczyków na twarzy to faktycznie dobry pomysł. Celnicy chorwaccy bardzo dokładnie wypełniali swoje obowiązki szukająć narkotyków (których nie mieliśmy), psychotropów (których nie mieliśmy), gazu pieprzowego (który mieliśmy ale go nie znaleźli) i niebezpiecznych narzędzi - które znaleźli. Miły pan policjant zapytał Bartka, czy nóż który wystaje ponad normy noża stołowego służy nam do polowania na ludzi, ciężko  było zachować kamienne twarze. Ale wszystko się udało i mknęliśmy dalej, po dużo lepszej drodze, pędząc co sił w Smerfetce do szpitala w Dubrovniku. Noc była dłuuuga, wykrzesając z siebie resztkę sił, Piotrek zawiózł nas do Kupari - miejscowości słynnej z opuszczonych w latach 90-tych hoteli i tam, na parkingu dla tirów, w dwóch namiotach i w busie, przespaliśmy kilka godzin. Przygody życia ciąg dalszy.




1 komentarz:

  1. Jeremi wygląda jakby wyrażał opinię na temat tego, co sądzi o waszej słodyczy :D :D :D

    Świetne foto! :D :D

    OdpowiedzUsuń